wtorek, 1 września 2015

Dom Dziecka (HanHun) część 1


*Uwaga* Zmienione daty urodzeń. Tao jest młodszy od Sehuna.
Sehun, Luhan, D.O, Kai i Chen mają tyle samo lat. Reszta jest normalnie.

Kolejny nudny dzień szkole, a potem do domu dziecka. Nie mieszkam tam po prostu prowadzę go razem z moimi rodzicami, a raczej im pomagam. Razem z bratem jesteśmy opiekunami grup. Ostatnio nie mieliśmy żadnych problemów. Żadnych zleceń, nikt nowy do nas nie przychodził, więc nie musieliśmy się martwić. Nie za dobrze dogaduje się z tymi młodszymi dzieciakami, więc najczęściej dostaje tą starszą grupę. Z czego się cieszę, ponieważ są tam moi znajomi. Wychowywałem się z nimi. Położyłem głowę na ławce nie mogłem wytrzymać ględzenia mojej nauczycielki.
- Nie kładźcie się na ławkach! To nie jest przedszkole, gdzie można leżakować! – Krzyknęła. Większość osób podniosła głowy, poza mną.
- Czyżby pan Oh Sehun potrzebował specjalnego zaproszenia? – Ociągając się podniosłem głowę i spojrzałem na moją czerwoną ze złości nauczycielkę.
- Skoro tak bardzo nudzi cię ta lekcja, może po prostu spakujesz się i wrócisz do domu? – Zapytała z zaciętą miną.
- Nie, lepiej żebym został. Muszę pani szczerze przyznać, że dużo lepiej mi się śpi na pani lekcjach niż w domu – odpowiedziałem z uśmiechem. Jej twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona. Odeszła do biurka i otworzyła swój zeszycik, do którego trafiają wszyscy „niegrzeczni”. Delikatnie rozejrzałem się po sali, połowa osób patrzyła to na mnie, to na nauczycielkę. Druga połowa robiła, co jej się podoba, czyli grała w karty, spała, rozmawiała i w ogólnie nie okazywała zainteresowania. Spojrzałem na mojego przyjaciela z ławki. Pisał coś na kartce, myślałem, że to do mnie, ale on wygiął się i podał to chłopakowi przed nami. Ten delikatnie się odwrócił i kiwnął głową na „tak”. Mój przyjaciel spojrzał w moją stronę i już otwierał usta, ale ja go wyprzedziłem.
- Niech zgadnę, nie wracasz dzisiaj ze mną, tylko idziesz do D.O? – Zapytałem.
- No tak wyszło, nie gniewaj się – odpowiedział. Wzruszyłem ramionami.
- Nie mam, o co się gniewać. – Uśmiechnąłem się do niego i spojrzałem na nauczycielkę, która znowu wierciła mnie swoim wzrokiem. Pomachałem jej, a ona zrobiła głupią minę. Wróciła jednak do pisania na tablicy. Kiedy w końcu zadzwonił długo wyczekiwany dzwonek, westchnąłem i z ulgą zacząłem pakować zeszyty. Nagle poczułem delikatne pociągniecie za rękaw bluzy. Z uśmiechem odwróciłem się do ciągacza.
- Mam pytanie – powiedział Luhan. Brunet, który siedzi za mną. Nie często rozmawiamy. Jakoś nigdy nie mamy do tego okazji. Poza tym Lulu jest bardzo cichy. Jakimś cudem znamy się już 4 lata, byliśmy razem w gimnazjum. Kiwnąłem głową, żeby kontynuował. – Twoi rodzice pracują w domu dziecka, prawda? Znaczy są opiekunami? – Zapytał. Widać było, że z trudem mu to przyszło. Wydawał się bardzo smutny, kiedy mówił.
- No tak, zgadza się. Znaczy tylko mama jest opiekunem, razem z bratem jej pomagamy. Mój ojciec jest dyrektorem – odpowiedziałem. Zastanowiło mnie jego pytanie. On tylko kiwnął głową, założył szybko torbę na ramię i rzucił szybkie „na razie”. Chciałem go dogonić, ale podeszła do mnie nauczycielka. Spojrzałem na nią bez emocji.
- Słucham?
- Czemu zachowujesz się jak gimnazjalista? – Zapytała. Spojrzałem się w stronę, Kai’a, który zrobił gest jakby miał ją zastrzelić, a potem pomachał mi na pożegnanie. Odmachałem i skupiłem się na kobiecie przede mną.
- Nie jestem pewny, czy potrafię odpowiedzieć na to pytanie. – Widać było, że coś się w niej gotuje. – Przepraszam, ale chciałbym już iść do domu, a pani tak trochę blokuje mi drogę. – Opuściła ramiona, przewróciła oczami i wróciła na swoje miejsce. Ja zabrałem torbę i prawie, jako ostatni opuściłem salę. Pobiegłem szybko na dół taranują sporo osób. Chciałem dogonić Luhan’a. Musiałem wiedzieć, o co chodzi. Kilkanaście metrów za szkołą znalazłem go. Szedł bardzo wolno, a jego ramiona dziwnie drżały. Chciałem do niego podbiec, ale nie wiem, czemu wybrałem śledzenie go. Nagle wyciągną dość stary telefon i chyba sprawdził godzinę, bo zaczął trochę szybciej iść. Podążałem za nim na tyle długo, że zapamiętałem już chyba każdy kłaczek na jego starej bluzie. Lulu jest z dość biednej rodziny. Z tego, co wiem mieszka z ojcem i rodzeństwem. Nic więcej. Nigdy wcześniej nie zwracałem na niego za dużej uwagi, dlatego teraz zaczął mnie interesować. W końcu się zatrzymał i odwrócił w moją stronę. Chciałem się schować, ale nigdzie nie było miejsca na to. Poza tym i tak bym nie zdążył. Tak się zamyśliłem, że aż zapomniałem żeby się urywać.
- Długo będziesz tak jeszcze za mną szedł? – Wzruszyłem ramionami. Moim celem było dowiedzenie się czegoś więcej o nim. Luhan założył ręce na ramiona i czekał na moją odpowiedź. Ja tylko podrapałem się po karku z zakłopotaniem wypisanym na twarzy. Miałem nadzieje, że ten gest trochę go zmiękczy i miałem racje. Westchnął, zrównał ze mną kroku i znów zaczął iść w swoją stronę. Zanim zdążyłem go o cokolwiek zapytać, on zadał pytanie pierwszy.
- A ty nie powinieneś być w pracy? – Spojrzałem na niego z przerażeniem w oczach i szybko wyciągnąłem telefon. 9 połączeń nieodebranych od mamy i 2 od Suchang. Walnąłem się z otwartej ręki w czoło i wybrałem numer. Kiedy usłyszałem sygnał szybko odsunąłem telefon od ucha.
-  GDZIE TY DO CHOLERY JESTEŚ?! – Wrzasnęła, a Luhan zaczął się śmiać. – CZEMU TY MI NIGDY NIE MÓWISZ JAK GDZIEŚ IDZIESZ?! Tak to bym załatwiła jakieś zastępstwo, a nie zostawiasz mnie tak samą! WRACAJ MI TU NATYCHMIAST! – Zanim zdążyłem coś odpowiedzieć ona po prostu się rozłączyła. Głęboko westchnąłem, a Lulu już całkowicie się roześmiał. Rozejrzałem się po okolicy nie rozpoznając jej zupełnie. Spojrzałem się bruneta w poszukiwaniu pomocy.
- Chodź za mną – powiedział i po chwili zaczął iść szybciej w tą samą stronę, co wcześniej. Zrównałem z nim kroku i chciałem się go w końcu zapytać o naszą krótką rozmowę, ale on szybko, jakby przeczuwając, co zamierzam zrobić, skręcił w boczną uliczkę.
- Ej!
- Tak będzie szybciej – powiedział i odwrócił się do mnie twarzą, idąc tyłem. Nagle wpadł na jakieś wysokiego chłopaka. Odwrócił się i już się kłaniał, żeby go przeprosić, ale chyba go rozpoznał, bo uśmiechnął się i przywitał. Chłopak miał czarne glany i skórzaną kurtkę przecieraną na czerwono. Pomimo trochę drapieżnego wyglądu miał bardzo miły i delikatny głos. Luhan wskazał mnie, a ja podszedłem trochę bliżej.
- To jest Oh Sehun, chodzę z nim do klasy. – Zwrócił się do mnie i wskazał na nieznajomego. – To jest Jongdae, ale możesz mówić na niego Chen. – Delikatnie się uśmiechnąłem i ukłoniłem, on powtórzył mój gest i powiedział:
- A więc to jest ten słynny Sehun. Miło mi cię poznać. Niestety muszę już iść, ale fajnie będzie się jeszcze kiedyś spotkać i pogadać. – Szerzej się uśmiechnąłem i potwierdziłem gestem głowy.
- Masz racje, my też musimy się już zbierać – odpowiedziałem.
- Lulu mogę Cię prosić na chwilę na bok? – Zapytał tak jakby do nas obu, dlatego poczułem potrzebę kiwnięcia głową. Delikatnie złapał go za ramię i odciągną na parę metrów. Coś mu bardzo cicho powiedział, a Luhan natychmiast posmutniał i pokręcił przecząco głową. Chłopak położył mu ręce na ramionach i znów cos powiedział. Wiedziałem, że ma to coś wspólnego z tamtym pytaniem. Lulu delikatnie się uśmiechnął, kiwną głową i poszedł w moim kierunku. Chen zanim poszedł krzyknął coś jeszcze w stylu „ Sehun tylko się nim dobrze opiekuj!”. Zdziwiłem się i zapytałem Luhan’a, o co chodziło, a on tylko się zaśmiał i powiedział:
- O nic, Chen po prostu taki jest.
- Taki jest? A o czym rozmawialiście? Skąd go znasz? – Zanim zauważyłem zacząłem go zalewać pytaniami.
- Wow, wow, jedno pytanie na raz. Nie rozmawialiśmy o niczym ważnym, później się dowiesz. A znam go z gimnazjum, poza tym mieszka zaraz obok mnie.
- Aaa rozumiem. Czy to ma coś wspólnego z tym pytanie, co zadałeś mi w szkolę?
- O wszystkim ci opowiem, ale później, kiedy stwierdzę, że mogę. – Pokiwałem głową nie chcą go już więcej męczyć. Rozejrzałem się szybko po okolicy i stwierdziłem, że jesteśmy już na miejscu. Nawet nie zauważyłem, kiedy doszliśmy. Luhan zatrzymał się.
- Nie chcesz wejść do środka? – Rozszerzył oczy w zdziwieniu.
- A mogę?
- Pewnie, pomożesz mi. – Szatańsko się uśmiechnąłem i wszedłem do dużego budynku. Od wejścia jest para schodów na górne piętra skrzydeł. Pod schodami są przejścia na parter. Na samym środku tuż od wejścia stało biurko sekretarki/księgowej, która teraz grzebała w jakiś papierach. Nie chcąc jej przeszkadzać, postawiłem moją i Luhana torbę za blatem. Skierowałem się na parter do lewego skrzydła, zapukałem 3 razy i otworzyłem. Ojciec podniósł głowę i powiedział:
- Grupa III. Mama chyba Ci już innej nie da.
- W sumie to się cieszę – odpowiedziałem. Tata pokręcił głową z uśmiechem.
- Postaraj się na nią dzisiaj nie wpaść.
- Tak jest! – Udałem, że salutuje. Tata spojrzał się na Luhana, przenikliwym wzrokiem. On trochę się speszył, ale zaraz ukłonił się i przedstawił.
- Będzie mi dzisiaj pomagał, ok? – Zapytałem. Tata kiwnął głową i wrócił do papierów. Nie będę mu już przeszkadzać. Po prostu wyszedłem. Skierowałem się na schody z prawej i wszedłem na samą górę, a Luhan za mną cicho podążał. Zapukałem do pierwszych drzwi z naklejoną małą pandą. Otworzył mi wysoki brunet o imieniu Tao. Zawsze ma podkrążone oczy, dlatego nazywamy go pandą.
- O hyung! Myślałem, że o nas zapomniałeś. – Wredna panda.
- Nie zapomniałem, tylko się spóźniłem – powiedziałem. – Czy mógłbyś poprosić wszystkich do głównej?
- Robi się.
Skierowaliśmy się do głównej sali. Usiadłem na jednym stole i zabrałem z niego listę. Wszyscy, którzy dopiero, co przyszli, witali się ze mną. Kiedy się zebrali poprosiłem, żeby usiedli na krzesłach, albo na tyłkach. Przedstawiłem Luhan’a i sprawdziłem listę.
- Słychać coś nowego? – Zapytałem.
- Podobnież mają przenieść Tao – powiedziała jakaś dziewczyna z tyłu.
- Ej! – Krzyknął, a wszyscy się roześmieli. Podniosłem rękę, żeby ich uciszyć.
- Dobra to, co dzisiaj robimy? – Spojrzałem na najstarszego.
- Kosz? – Zapytał Lay, a większość osób pokiwała głowami.
- A jest ktoś na boisku? – Zapytałem, a Tao spojrzał za okno.
- Pusto.
- Dobra, to boisko. A dziewczyny? Co będziecie robić?
- A najpierw pogramy trochę w siatkę, a później posiedzimy na słoneczku – zaśmiała się Sulli.
- Niech będzie. Jak ktoś chce się przebrać, albo coś zabrać, to teraz. Widzimy się za 10 minut na dole.
- Tak jest! – Odezwali się chórem, a ja się zaśmiałem. Przedrzeźniają mnie. Wyszedłem z sali razem z innymi. Od razu poszedłem na dół do sekretarki/księgowej i zapytałem o klucze do składziku. Ona bez odwracania wzroku z kartki po prostu mi je dała. Spojrzałem na to, co trzymała w ręku.
- Serio, przenosimy Tao?! – Powiedziałem to trochę za głośno, bo ludzie, którzy zebrali się na dole zaczęli szeptać. Mój wzrok spotkał się ze wzrokiem przerażonego Tao. Spojrzałem na kobietę. Ona jakby na zawołanie oddała mi kartkę. Przeczytałem kilka linijek i nie za wiele zrozumiałem z urzędowego bełkotu. Oddałem jej kartkę i czekałem na wyjaśnienie.
- Zapytaj ojca – powiedziała szybko i znów zaczęła przypatrywać się kartce. Poszedłem szybko do składziku, wyciągnąłem potrzebne rzeczy, otworzyłem drzwi na boisko. Oddałem piłki. Zatrzymał się przy mnie Tao. Spojrzałem na niego i powiedziałem:
- Zrobię wszystko, co mogę żebyś został. – Brunet uśmiechnął się.
- Dzięki, hyung – powiedział i poszedł z resztą. Tym razem przy mnie zatrzymał się Lulu. Spojrzałem na niego.
- Nie za bardzo wiem, o co chodzi – stwierdził.
- Ja też. Poczekasz na mnie na górce i trochę ich przypilnujesz. To nie będzie nic trudnego, musisz tylko liczyć punkty. – Uśmiechnąłem się, a Luhan kiwnął głową. – Ja w tym czasie dowiem się, o co z tym wszystkim chodzi.
Kiedy wszyscy zniknęli na zewnątrz, szybko poszedłem do gabinetu ojca. Wparowałem bez pukania i krzyknąłem:
- Jak wy możecie przenosić Tao?! – W środku stał jakiś facet w czarnym garniturze i rozmawiał z moim ojcem. Oczywiście przerwał, kiedy wparowałem do gabinetu.
- Sehun! Zachowuj się! – Ojciec krzyknął, a ja głęboko się ukłoniłem i przeprosiłem. – Przepraszam za syna, ale przez te lata bardzo się zżył z Zitao.
- Rozumiem. Jednak mimo wszystko takie dostaliśmy polecenie z sądu. Matka odzyskała prawa rodzicielskie i nic na to nie możemy poradzić.
- Czyli nie przenosicie go, tylko oddajecie? – Zapytałem. Znałem historie Tao i nie mogłem uwierzyć, że jego matka odzyskała prawa. Stałem tam jak słup soli.
- Takie jest prawo, a jeżeli sąd się zgodził to nic nie możemy na to poradzić.
- Kiedy go zabieracie? – Zapytał ojciec.
- Jutro rano – mężczyzna szybko odpowiedział. Miałem wrażenie, że zaraz padnę na kolana. Tao nie może odejść.
- Przepraszam pana, ale czy sąd brał pod uwagę, dlaczego Zitao trafił do domu dziecka, a później był przenoszony? – Zapytałem prosto z mostu.
- Oczywiście, że tak. Sędzia brał pod uwagę wszystkie aspekty.
- A Tao nie ma tu nic do powiedzenia?
- Niestety nie, oczywiście do czasu, kiedy skończy 18 lat.
- Nie możemy tyle czekać. Nawet, jeżeli uda się wam go zabrać to i tak za rok znów tu wróci.
- Tego nie można powiedzieć.
- Nieprawda już była podobna sytuacja, kiedy chcieli zabrać Tao do domu zastępczego. Wrócił po roku i po 3 rodzinach, w których był.
- Wiem. – Szybka i twarda odpowiedź. – Dla mnie to też nie jest łatwe. Jestem prawnikiem, który reprezentował Tao w tamtej rozprawie. Musiałem poznać całą jego historie od początku do końca, więc wiem, co się stało.
- W takim razie pan przegrał – powiedziałem.
- Sehun przestań. Jestem pewien, że pan robił wszystko, co w jego mocy – wtrącił się mój ojciec.
- Nie, Sehun ma racje, zawaliłem. To moja wina i zrobiłbym wszystko, żeby Tao tu został. Jednak nie wiele mogę.
- Ale... - powiedziałem, ale ojciec szybko mi przerwał.
- Sehun przestań się kłócić. Nic to nie pomoże Tao. Już nic nie możemy zrobić. – Spojrzałem się na niego, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszę. Opuściłem głowę.
- No tak, to zawsze jedna gęba mniej do wyżywienia – stwierdziłem cicho, ale na tyle, żeby mnie usłyszeli. – Jesteś straszny, wiesz? – Zapytałem patrząc się prosto w jego oczy. Kiedy nic nie odpowiedział odkręciłem się na pięcie i po prostu wyszedłem. Skierowałem się na zewnątrz, stąd od razu na górkę, gdzie czekał Luhan. Położyłem się obok niego na trawie i przykryłem ręką oczy.
- Przegrał? Rozumiesz? – Wyszeptałem. – Miał całą historie spisaną na papierze, a i tak przegrał.
- Co się stało? – Zapytał Luhan, a ja się szybko podniosłem do siadu już chcąc na niego nawrzeszczeć. Ale udało mi się opanować, w końcu on nic nie wie. Wróciłem do mojej poprzedniej pozycji i błagałem w myślach, żeby Tao nie zauważył, że wróciłem.
- Imię: Zitao, nazwisko: Huang, matka: Xianmei, ojciec: nieznany, rok urodzenia: 2 maja 1994, kraj pochodzenia: Chiny, kraj zamieszkania: Korea, wiek umieszczenia w domu: 11, powód – przerwałem. Zastanowiłem się przez chwile i później kontynuowałem. – Kiedy Tao miał 4 lata jego matka przeniosła się do Korei. Pracowała dorywczo, w końcu pewnego dnia zostawiła go w domu na 5 godzin samego. Miał wtedy 6 lat. Później powtarzało się to coraz częściej, wychodziła i potrafiła nie wracać, aż do następnego dnia. Trwało to mniej więcej 8 miesięcy. W końcu pewnego dnia, kiedy Tao nie miał, co zjeść poszedł do sąsiadki. Ta nakarmiła go i wypytała. Wszystko powiedział, a ona zawiadomiła specjalne służby. Jego matka dostała odpowiednie zawiadomienie i na ich rodzinę spadł dozór kuratora. Minął rok i dozór się zakończył. Nikt do teraz nie wie, czemu trwało to tak krótko. Wtedy jego matka znów zaczęła go zostawiać. Wpadła w alkoholizm i narkotyki, żeby Tao znów się nie wygadał sąsiadom zabierała go do „pracy”. Była ladacznicą, zwykłą dziwką, która stała przy ulicy i czekała, aż ktoś do niej podjedzie. Ale oczywiście nie mogła sobie pozwolić na to, żeby ktoś z drogi zauważył, że ma syna, więc ukrywała go w krzakach. Trwało to 4 lata, Tao nie chodził do szkoły, więc nikt nie mógł zareagować. Opowiadał mi, że nauczył się tamtego lasu na pamięć. Pewnego dnia poprosił matkę, żeby zostawiła go w domu, zgodziła się pod warunkiem, że nie będzie stamtąd wychodzić. Głodny zrobił to samo, co ostatnio. Wtedy się już skończyło. Tao trafił do ośrodka, a później do nas. Miał wtedy 11 lat, nie wiem, jakim cudem, ale byłem jedyną osobą, z którą Tao nie bał się rozmawiać. Co i tak nie wychodziło mu za dobrze. Jego matka nigdy poprawnie nie mówiła, więc on też nie. Wyobraź sobie, jakie to musiało być dla niego ciężkie. Kiedy w końcu nauczył się, został wysłany do rodziny zastępczej, później do następnej i następnej, a potem z powrotem do nas. Ta jego tułaczka trwała cały rok. Z ostatniej rodziny po prostu uciekł, z poprzednimi były kłopoty. Jego matka wciąż wracała i mieszała mu w głowie, niestety tego nikt nie wie. Tao nie powiedział nikomu innemu. Myślę, że nawet gdybym teraz im powiedział to nic by to nie zmieniło. Tao jest jak mój młodszy brat. Nawet czasem czuje, jakbym to z nim miał większą więź niż z własnym. A teraz chcą go wysłać do matki? Rozumiesz? Jak ja mu to powiem? – Skończyłem mój wywód, pytaniem w powietrze. Kątem oka spojrzałem na Luhan’a, patrzył w niebo, a po jego policzku spływała łza. Ta pojedyncza kropla znaczyła dla mnie dużo więcej niż jakiekolwiek słowa.
- Musisz mu powiedzieć. – W końcu się odezwał.
- Wiem, tylko nie wiem, w jaki sposób.
- Musisz się szybko zastanowić, bo właśnie tu idzie. – Podniosłem się i zobaczyłem Tao idącego w naszą stronę. Przekląłem w myślach.
- Hyung? – Zapytał cicho.
- Przepraszam, robiłem wszystko, co w mojej mocy. – Spojrzałem na jego twarz. Zasmucił się. – Wracasz do matki. – Rozszerzył oczy w zdziwieniu, nagle je zamknął, a kiedy je otworzył nie było w nich żadnych emocji.
- Kiedy? – Ledwo zapytał.
- Jutro rano. – Usiadł obok mnie na trawie.
- Nie martw się, hyung. Dam radę – stwierdził. Pokiwałem głową, nie chciałem mu pokazać jak płaczę, nie teraz, kiedy potrzebuje ode mnie wsparcia. Położyłem mu rękę na ramieniu i lekko się uśmiechnąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz